Pisać każdy może...

Wpis

poniedziałek, 08 stycznia 2018

Jak do neurologa się wybierałem.

 Każdego czasami dopada jakaś przypadłość. Mnie też coś zaczęło się psuć więc lekarz rodzinny zaordynował wizytę u neurologa. Dumnie dzierżąc w ręce skierowanie udałem się do jedynej w mieście przychodni, gdzie neurolodzy przyjmują na NFZ. Mogłem co prawda udać się do tych samych lekarzy prywatnie ale dwie stówy piechotą nie chodzą więc postanowiłem spróbować szczęścia w publicznej służbie zdrowia.

 

Gdybym wiedział ile zdrowia i cierpliwości będzie mnie to kosztowało, to zdecydowanie wolałbym pozbyć się Zygusia Starego, tudzież dwóch Kazików Wielkich.

 

Moje pierwsze podejście datuję na jakieś dwa miesiące temu. Chwila wolnego czasu, piękne wtorkowe przedpołudnie, więc jedziemy się zarejestrować. W publicznej przychodni jak to w takim miejscu tłok do rejestracji niemiłosierny. Trudno jak mus to mus, staję w ogonku i cierpliwie czekam na swoją kolej. Kolejka posuwa się w iście ślimaczym tempie ale już po czterdziestu minutach udaje mi się z uśmiechem i miłym słowem machnąć skierowaniem przed oczami rejestratorki.

 Ta nie przejawiając jakiejkolwiek oznaki dobrego humoru, czy choćby cienia uśmiechu skierowanie wzięła, przeczytała i... oddała.

- Nie mogę Pana dzisiaj zarejestrować.

- Eeee?...

- Lekarz rodzinny napisał, że pilne więc musi pan przyjść w poniedziałek i z neurologiem ustalić termin.

- Dopiero w poniedziałek? Żaden nie przyjmuje już w tym tygodniu?

- Przyjmować przyjmują ale terminy dla pilnych skierowań ustalają tylko w poniedziałki.

 Trudno było mi polemizować z tak pokrętną logiką więc podziękowałem za informacje i zastanawiając się ki diabeł pilne terminy ustala tylko raz w tygodniu odłożyłem sprawę do kolejnego tygodnia.

 ***

 

 Poniedziałek rano. Jadę do przychodni. Okazuje się, że lekarz dziś nie przyjmuje, będzie drugi po południu.

Poniedziałek po południu. Przyjeżdżam, mówię w kolejce z jakim problemem chcę wejść bez kolejki i po 20 minutach wchodzę. Wizyta trwa 30 sekund podczas których lekarz czyta skierowanie i wypisuje na nim Grudzień 2017" (dobrze, że nie 2018).Hura! Teraz mogę już stanąć w kilometrowym ogonku i zarejestrować się na wizytę!

 

Drugie podejście do rejestracji, 30 minut i jestem zapisany na godzinę 16:45. Teraz tylko formalności, zapisanie w trzech zeszytach, komputerze, dwa świstki do podpisania, jeden zeszyt i mogę wracać do domu. Na końcu pani rejestratorka informuje mnie, że muszę w dniu wizyty rano wyciągnąć kartotekę.

 

Hę? Przecież jestem zapisany! Specjalnie na popołudnie żeby nie brać wolnego w pracy, a oni każą mi przychodzić jeszcze rano? Cóż, z systemem nie wygrasz.

 ***

 

 Dzień wizyty.

 

Rano.

Trzecie podejście do rejestracji. 60 minut. Wyciągam kartotekę. Rejestratorka mierzy mnie wzrokiem i zaczyna swoje formułki, które stojąc godzinę w kolejce nauczyłem się na pamięć. Tak będę, tak pamiętam żeby przynieść wszystkie zdjęcia, rezonanse, wyniki badań, historię choroby, historię rodu i zaświadczenie od proboszcza, że wszyscy do trzech pokoleń wstecz i wprzód byli chrzczeni... No dobra, z tym proboszczem przesadziłem. Na koniec dowiaduję się, że lekarz przyjmuje od 15 i przed 15 trzeba odebrać z rejestracji numerek aby zachować miejsce w kolejce.

- A mogę teraz?

- Nie?

- Dlaczego?

- Bo do popołudnia daleko i może się pan jeszcze rozmyślić.

- Więc kiedy najwcześniej?

- Przecież mówię: "Przed piętnastą".

- OK.

 

Czy to mi się śni? Jestem w ukrytej kamerze? Czy może już zwariowałem od tego stania w tych chorych kolejkach i mam halucynacje? Niestety! To szara rzeczywistość.

 

 Popołudnie, godzina 14:45

Czwarte podejście do rejestracji. 45 minut i dostaję numerek, numerek numer jedenaście. Chwila, chwila co ja miałem z matmy? Geniuszem nie byłem ale liczyć jeszcze potrafię. Skoro lekarz przyjmuje od piętnastej i na każdego pacjenta przeznacza kwadrans, a ja byłem zapisany na 16:45 to... moment... wychodzi mi, że powinienem być ósmy! W tym momencie uświadomiono mi, że godziny przyjęcia są dla lekarza, a między pacjentami panuje zasada kto pierwszy ten lepszy. Ciekawe o której godzinie swój numerek pobrała pierwsza osoba?

 

 Popołudnie, godzina 15:33

Docieram pod gabinet. Na korytarzu aż gęsto, jest na pewno więcej niż dziesięć osób. Pytam się czy lekarz już przyjmuje. Nie... jeszcze go nie ma.

 

 Popołudnie, godzina 15:50

Lekarz w końcu się pojawia i zaczyna przyjmować od osób uprzywilejowanych. To ci z badaniami okresowymi i poza kolejnością. Nawet nie chciało mi się dociekać kim lub czym są, bądź też co zrobili że zasłużyli na takie wyróżnienie.

 

 Popołudnie, godzina 16:45

Teoretycznie powinienem właśnie wchodzić. Praktycznie przed chwilą wszedł dopiero numer piąty.

 

 Wieczór, godzina 18:05

Wchodzę!! Wizyta trwa 10 minut, tylko rozmowa, nawet nie wywiad (coś na zasadzie "co boli? gdzie? od kiedy?) bez badań, prawdopodobnej przyczyny czy choćby pytania jakie leki przyjmuję. Oczywiście skierowania na jakiekolwiek prześwietlenie czy rezonans też nic nie wspomina. Recepta z tabletkami i nakaz stawienia się na wizytę kontrolną. Kiedy? W rejestracji zapiszą.

 

 Wieczór, godzina 18:20

Piąte podejście do rejestracji. Z racji późnej pory czekam tylko około 25 minut. Umawiam się na wizytę kontrolną. Termin w... lipcu.

 ***

 

 Nie mogę tylko zrozumieć skąd ten pomysł na takie procedury przy rejestracji. Zamiast załatwić sprawę sprawnie i szybko tworzą sztuczne utrudnienia. Czy to chęć uprzykrzenia życia? Tylko komu? Pacjentom na pewno, ale rejestratorkom przecież również. A może próba wymuszenia na schorowanych i słabych pacjentach zgłaszania się do owych lekarzy prywatnie?

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
adm.shran
Czas publikacji:
poniedziałek, 08 stycznia 2018 18:26

Polecane wpisy

Kalendarz

Listopad 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

Wyszukiwarka

Kategorie

Ostatnie wpisy

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa